środa, 26 kwietnia 2017

24 godziny w Melbourne




W Melbourne spędziłyśmy tylko nieco ponad 24 godziny, bo nasz grafik i czas przed dotarciem na farmę był mocno ograniczony ;) 

Miasto miło nas przywitało już z samolotu - obraz za oknem zmieniał się jak w kalejdoskopie i można było zobaczyć prawdziwą różnorodność Australii.


Z lotniska do miasta można dostać się komunikacją publiczną z jedną lub dwiema przesiadkami (koszt ok. 8$) lub bezpośrednio klimatyzowanym Skybusem (18-22$) - firma ma monopol na transport z i na lotnisko więc nie znajdziemy tutaj innych firm przewozowych. Bilet można kupić wcześniej online, na lotnisku czy na dworcu w Melbourne. 

Droga z lotniska do centrum

Naszym pierwszym przystankiem był hostel Ritz For Backpackers (https://www.ritzbackpackers.com/)  w dzielnicy St. Kilda - swobodna, backpackerska atmosfera, dostępne pokoje dwuosobowe, szybkie wifi, bliskość przystanków tramwajowych/autobusowych i jak na Melbourne całkiem przystępna cena - jeśli ktoś celuje w zakwaterowanie typu hostel, na pewno możemy polecić.

Zaczęłyśmy zwiedzanie od centrum. Pierwsze wrażenia? Melbourne to połączenie  Europy, Stanów i Azji. Duży mix kulturowy, kawiarnie i restauracje przypominające klimatem te w europejskich stolicach i alternatywne dzielnice przywodzące na myśl atmosferę nowojorskiego Williamsburga. 
Nie bez powodu miasto też nazywane jest miastem designu, mimo krótkiego pobytu wiele budynków rzuciło się nam w oczy. 


Ze stacji kolejowej i autobusowej St. Flinders w 3 minuty dojdziemy nad rzekę Yarra, gdzie możemy zafundować sobie krótki spacer albo posiedzieć na trawie z widokami na wyłaniające się wieżowce. 

Stacja St. Flinders

Kolejnym punktem była słynna Hosier Lane, uliczka w całości pokryta graffiti. Spędziłyśmy dobrą godzinę plątając się między jej zakamarkami.




Kochamy jeść, więc wieczorem nie mogłyśmy odpuścić słynnego Queen Victoria Market, który odbywa się w każda środę - zaczyna się o 17:00 a kończy ok. 22:00. Musimy przyznać, że ilość pysznego jedzenia, napojów (sok z trzciny cukrowej i marakui - pycha!!) sprawiła, że byłyśmy w raju. Wystawcy obecni na markecie to przekrój z całego świata - znajdziemy tam prawdopodobnie wszystko, co jesteśmy sobie w stanie wymarzyć. Na nasze szczęście dotarłyśmy na market dość późno, godzinę przed zamknięciem - inaczej mogłybyśmy go opuścić z pustymi portfelami
nadprogramowymi kilogramami.





Następnego dnia rano wybrałyśmy się do Brighton, żeby zobaczyć słynne plażowe budki (które osiągają ceny nawet do 285,000$ - poważnie!). Najłatwiej dostać się tam pociągiem z St. Flinders - wysiadamy na Middle Brighton a podróż trwa ok. 35 minut. Za przejazdy zarówno miejskimi pociągami jak i komunikacją publiczną płaci się za pomocą Myki Card, którą kupimy w każdym sklepie typu 7-eleven lub kiosku.



Popołudniu pojechałyśmy do St. Kilda - nadmorskiej dzielnicy, słynącej z historycznego Luna Parku, nocnego życia, windsurfingu i słynnej plaży z jeszcze słynniejszym molo.



Przy Lunaparku w każdy czwartek wakacji odbywa się Midnight Market, na którym można spróbować jedzenia z lokalnych Food Trucków i zobaczyć prace artystów i designerów z całej okolicy.  Na markecie panuje bardzo fajna atmosfera, przewijają się tłumy młodych ludzi, wszyscy siedzą na trawie i słuchają muzyki. Kiedy market się kończy, masa ludzi przenosi się na pobliską plażę i tam imprezuje do rana pod gołym niebem. 



Następnego dnia już o 5 rano musiałyśmy ruszać na lotnisko, a Melbourne pożegnało nas takim widokiem:





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz